Całkowita liczba wyświetleń stron

środa, 2 listopada 2011

Emigranci według Italiano 

tekst publikowany na lamach Naszego Swiata (Roma) plus przedruki.

Autor - Beata Zaremba-Zarski 

Otwarci na świat Włosi chcą zobaczyć Kraków, ci zamknięci myślą, że Polska to ciemnogród nadal poza Unią Europejską.


Bez okna na świat
Cyfry brzmią bezbarwnie, ale dobitnie - we Włoszech mieszka ok. 5 milionów legalnych emigrantów - podało il Messaggero (z 27 października 2010) powołując się na raport  włoskiego Caritasu. Oznacza to, że jedna osoba na czternaście napotkanych na włoskiej ulicy, jest emigrantem.

Dotatkowo nielegalnie we Włoszech przebywa około 500 - 700 tysięcy emigrantów. W ciągu ostatnich 20 lat liczba cudzoziemców powiększyła się 20 razy. Jednocześnie - według raportu, wzrosła także niechęć Włochów do obcokrajowców zamieszkujących ich kraj. Dzieje się tak mimo tego, że emigranci wypracowują rocznie ok. 11 miliardów euro Pil (odpowiednik PKB).
Liczby, którymi mierzy się poziom niechęci nie zawsze przemawiają do wyobraźni.  Zatem kilka historii: dzielnica jedna z najbardziej ekskluzywnych w Rzymie, dzielnica urzędników rządowych i mafiosów.
Tam swoje gniazdko wije bogaty, młody neapolitańczyk, jego rodzina, bardzo bogata, macza palce w mafijnych sprawach - ma układy tu i tam.
Młody Napoletano szykuje dla siebie mieszkanie w Rzymie. Na sam remont wydał 75 tysięcy euro - mają w tym mieszkaniu być przeróżne bajery, jeden z nich - ogromna podświetlana wanna w salonie, tak by w niej mógł organizować orgie, niczym starożytni władcy. - Kobiety! pragnie się nimi otaczać wyłącznie dla własnej przyjemności - wyznał Polakowi, który w Rzymie ma firmę remontową i dla Włocha pracuje.
W domu będzie też służąca. Filipinka. Właściciel mieszkania z niezliczonych metrów powierzchni wydzielił jej pokoik bez okna, w którym mieści się łóżko i dwie maleńkie filipińskie stopy. Dla niego brak okna, to nie problem. Ale Polacy projektujący nowy układ ścian pracowali nad nim mówiąc - możemy zrobić jej okno, to żaden problem. Neapolitańczyk śmiał się - a po co jej okno? Polacy nalegali dalej - a może powiesimy jej tu telewizor na ścianie.  - A po co jej telewizor? - odpowiadał klient. - No wie Pan, żeby nie używała tego wielkiego telewizora w salonie (wysuwanego  ze ściany przy naciśnięciu pilota). - Jeszcze tego by brakowało - oburzał się. Ale stanęło na tym, że Filipinka będzie mieć okno i własny telewizor.
Polska firma projektowa pracowała już dla jego ojca.
- Zostaliśmy przez niego wykorzystani, choć był zadowolony z naszej pracy nie zapłacił nam całej kwoty, w ramach prezentu dostaliśmy plastikową linijkę - mówi właściciel firmy. Mam ją do dziś, przypomina mi o niskim poziomie tych ludzi, którzy myślą, że Polak zadowoli się byle jakim gadżetem.
Na wielbłądzie po Wrocławiu
Inna historia - Kalabria. Tam Bożena Wołcz (z Wrocławia) mieszka od ośmiu lat w małej miejscowości Scalea, gdzie rodzimi Włosi niewiele wiedzą o świecie, a już o Polsce chyba szczególnie mało. Raz zapytał ją miejscowy nauczyciel czy Polska to ta wyspa blisko Wielkiej Brytanii? Prawie padła trupem.
Innym razem dociekano, jak docierała w Polsce do pracy. Zażartowała, że na wielbłądzie. Prawie uwierzyli. Przestała więc żartować.
Zaczęła mówić o Polsce dużo i serio, by Włochów uświadomić, a zaprzyjaźnionych Włochów zabiera do Polski - do Krakowa i Auschwitz. W swojej pracy zaczęła uchodzić za kogoś więcej, niż sprzedawcę wyrobów mięsnych w miejscowym sklepiku, a to z powodu znajomości języków - dostrzeżonej i docenionej przez Włochów.
- Nic takiego nie prezentowałam - mówi. - Jak każdy Polak po szkole znałam  trochę rosyjski, dogadam się z Ukraińcami, Anglikami. Nic niezwykłego. Ale jak ktoś czegoś nie rozumiał, wołano mnie. - I tak jest do dziś, bo tutejsi Włosi nie uczą się. Jak ktoś ma ambicje kształcić się, to wyjeżdża i już raczej nie wraca. A na ogół wychodzi się z założenia, że wystarczy skończyć pięć klas i basta!
W Scalei nawet urzędnicy zdają się nie zauważać, że Polska wstąpiła do Unii Europejskiej, że Polak ma takie same prawa jak Italiano. Wbrew temu, co twierdzą urzędnicy. Pamiętam, jak urzędniczka poradziła mi bym wyszła za Włocha, a będę mogła legalnie pracować i żyć we Włoszech. Pokazywałam jej przepisy, odpowiedź była zawsze taka sama - niech pani wyjdzie za mąż za Włocha.
Dochodziłam swoich praw w urzędzie wyższej instancji w większym miejście. Tam potwierdzano moje racje, polecano bym powołała się na opinię uzyskaną w tym ważniejszym urzędzie, jednak w Scalei nikt sobie z tego nic robił. Urzędniczka uparcie sięgała po księgę z przestarzałymi przepisami.
Bożena Wołcz dziś działa na rzecz obcokrajowców. W Scalei obcokrajowców nie brakuje. A tych, którzy chcieliby się zrzeszyć jest trzystu, czterystu.  A więc jest dla kogo działać. Bożena Wołcz mówi - chcemy trafić nie tylko do Polaków, ale i Czechów, Rosjan,  Pakistańczyków, Rumunów, Niemców, a nawet Anglików.
Choć ci ostatni nie przejmują się aż tak bardzo urzędniczym analfabetyzmem, bo przyjechali na Kalabrię głównie cieszyć się życiem, niekoniecznie pracować.
To ludzie bogaci, którzy żyją we Włoszech z angielskiej emerytury. Na rzecz emigrantów działają także Włosi, którzy widzą potrzebę reform. Uświadamiamy np. kobietom, które pracują we włoskich domach jako sprzątaczki, opiekunki, że mogą domagać się legalnego kontraktu, bo dzięki temu są ubezpieczone, a nawet w razie śmierci osoby podopiecznej otrzymują zasiłek, ale muszą być ubezpieczone.
Bożena Wołcz pomaga też w inny sposób - szuka pracy dla Polaków. - Czasem obraca się to przeciwko mnie, bo osoba niezorientowana w realiach życia na Kalabrii, myśli, że zarobi kokosy.
Kondolencje dla Polaków
Mądrych Włochów w Italii nie brakuje. Chrześcijańskie Stowarzyszenie Sant Egidio działające przy Via Dandolo w Rzymie skupia ludzi działających na rzecz obcokrajowców we Włoszech. Oferuje pomoc wszechstronną - lekcje języka, posiłki, kursy zawodowe, pomoc duchową, psychologiczną. Każdy, kto zawita na Via Dandolo doświadczy miłego przyjęcia. Profesor Valter, nauczyciel języka włoskiego równo traktuje wszystkich uczniów. Kiedy w ubiegłym roku w Rzymie włoscy nacjonaliści pobili emigrantów z Bangladeszu, było mu wstyd - powtarzał swoim uczniom:
- Tutaj w tej szkole wszyscy traktowani są jak przyjaciele, jest mi przykro z powodu tego wydarzenia.
Po smoleńskiej katastrofie profesor Valter złożył kondolencje na ręce wszystkich Polaków. Zrobili to także inni, bardziej światli Włosi, którzy wiedzą coś o Polsce.
W samym Rzymie aktywnie działają ludzie, którzy pragną obalać bariery narodowościowe, organizują demonstracje, wieszają plakaty. Pojawiają się opiniotwórcze publikacje - tytuł ostatniej książki biskupa od spraw emigrantów Agostino Marchetto: Chiesa e migranti, la mia batalia per una sola famiglia umana.  To w niej biskup napisał, że Włochy są w ogonie Europy, jeśli chodzi o prawne rozwiązania dotyczące trudnej sytuacji emigrantów.
Na 20 i 21 marca przypadają Międzynarodowe Dni przeciw rasizmowi. We Włoszech są to dni, kiedy organizowane są manifestacje, podkreślające  pozytywną rolę emigrantów oraz konieczność podjęcia walki z rasizmem, wyzyskiem i mafią. Przykłady mądrych działań można by mnożyć.
Kto produkuje Chianti?
Z wyzyskiem walczą od czasu do czasu sami zainteresowani. Przykład takiej walki - gwałtowne zamieszki w miasteczku Rosarno, w Kalabrii na południu Włoch, gdzie afrykańscy imigranci zbuntowali się przeciwko warunkom pracy i życia w gospodarstwach rolnych oraz ich traktowaniu po tym, jak dwóch z nich zostało zranionych z broni palnej przez nieznanych sprawców. W reakcji na tę prowokację cudzoziemscy robotnicy wyszli na ulice i zdewastowali samochody i sklepy. Emocje rozpala także ciągle nie rozwiązany we Włoszech problem romski - Ponticelli, dzielnica romska na obrzeżach Neapolu pamięta samosądy, podpalenia i hasła - precz z wozami! W Rzymie jest spokojniej, choć osiedle Cyganów straszy wyglądem.
Wyzyskowi podlegają zwłaszcza uciekinierzy z krajów Trzeciego Swiata, z krajów okupowanych, uciskanych, osoby bez prawa pobytu we Włoszech, którzy są w Italii współczesnymi niewolnikami. Pracują w najcięższych sektorach - głównie w rolnictwie (ekstremalny przykład wyzysku - obozy pracy na Południu Włoch).
Co ciekawe, emigranci pracują  także przy produkcji najlepszych włoskich win - Chianti i Brunello di Montalcino oraz przy produkcji słynnych serów i parmeńskiej szynki. Raport Caritas podkreśla, że  przybysze z innych krajów nie chcą być traktowani jak ludzie drugiej kategorii, dlatego z czasem zakładają własne interesy. Dzieje się tak mimo kryzysu, o którym tak chętnie rozprawiają Włosi, znajdując w nim usprawiedliwienie np. dla niskich pensji wypłacanych emigrantom.
W Rzymie - dobra pensja baby siter: 600-700 euro miesięcznie, po 8-10 godzin pracy dziennie, dniówka na budowie: 20-50 euro, godzina sprzątania - 8 euro. Na południu Włoch stawki są o połowę niższe, ale też życie jest tańsze.
Praca - kwestia wyboru?
Można by sądzić, że Polacy cieszą się uznaniem we Włoszech dzięki papieżowi Janowi Pawłowi II. Jego wizerunek  - obok ojca Pio - spotkać można przecież w co drugiej pizzerii. Włosi, owszem, cenią papieża - Polaka, jednak rodacy Jana Pawła II nie mają większych szans na wybicie się - mężczyźni od lat pracują w sektorze budowlanym, kobiety najczęściej sprzątają włoskie domy, nawet wtedy, gdy biegle posługują się językiem włoskim i angielskim. - Inna sprawa, że czasem jest to kwestia pójścia na łatwiznę - mówi Ewa Hadzik, która pracuje w  bardzo dobrym hotelu w Rzymie. Ewa nawet gdy przez pół roku nie miała pracy, to nie poszła sprzątać i ciężki czas przetrwała dzięki tłumaczeniom i dodatkowej  pomocy rodziców z Polski.
Według raportu Caritas średni zarobek emigranta wynosi 1000 euro, co niewiele znaczy w tak drogim mieście, jakim jest Rzym, gdzie za wynajęcie mieszkania o powierzchni ok. 60 metrów kwadratowych trzeba zapłacić 800 - 1000 euro. Polacy, podobnie jak inni, często mieszkają więc w wynajętych pokojach za ok. 400 euro. I to jest komfort, bywa bowiem gorzej, kiedy kilka rodzin gnieździ się w jednym mieszkaniu.
Emigranci są potrzebni Włochom, jako tania siła robocza pracująca na emerytury Włochów - w 2009 roku urodziło się w Italii ponad 77 tys. dzieci emigrantów. Z drugiej strony Italia jest potrzebna emigrantom, którzy często nie widzą przyszłości we własnych krajach. Pocieszające jest to, że Włosi i cudzoziemcy znajdują porozumienie na poziomie ludzkich, prywatnych kontaktów. Włosi coraz częściej, właśnie wśród obcokrajowców znajdują swoich życiowych partnerów, codziennie zawieranych jest 70  mieszanych małżeństw. I liczba ta będzie rosnąć, bo przeciętny Włoch zaczyna otwierać się na innych.
 Beata Zaremba-Żarski

środa, 16 marca 2011

Chroniłem papieża-rozmowa z Enrico Marinelli, szefem osobistej ochrony JPII


 Tekst został opublikowany na łamach gazety emigracyjnej dla Polaków Nasz Swiat.

Z Enrico Marinelli, szefem osobistej ochrony papieża Jana Pawła II, rozmawia Beata Zaremba-Żarski.


Enrico Marinelli mieszka w jednym z rzymskich bloków. Nieduże mieszkanie, typowy układ dla tego miejsca - wchodzi się wprost do salonu, w którym domownicy zostawiają parasolki, płaszcze, buty, kaski motocyklowe, a nawet wózek dziecięcy. Tak jest właśnie u Marineliego. Marinneli długo przekładał datę spotkania, bo czekał na poród córki. I wreszcie stało sie! Małe dziecko już w domu, każdy chce  je zobaczyc i przez salonik, podczas naszej rozmowy przewalają się tłumy gości. A my rozmawiamy. Włoskie klimaty. Enrico Marinelli to nie byle kto - przez 15 lat był szefem osobistej ochrony Papieża Jana Pawła II. Jego bliskim przyjacielem, towarzyszem oficjalnych spotkań, górskich wypraw. Te 15 lat służby to  mocna karta w życiorysie, którą trudno odwrócić na drugą stronę. Dlatego ta rozmowa to  bardziej wpomnienie emocji niż faktów, dlatego powstała książka - Papa Wojtyla e il generale  przetłumaczona na język polski.
Jakie było pana pierwsze spotkanie z Janem Pawłem II?
Pierwszy raz na żywo zobaczyłem Jana Pawła II w jednym z rzymskich kościołów. Sekretarz Papieża, arcybiskup z Kongo przedstawił mnie. Wiedziałem już, że będę odpowiedzialny za ochronę Jana Pawła II, że zostałem nominowany na to stanowisko. Podziękowałem więc Papieżowi, a on odpowiedział: - To ja dziękuję za to co pan dla mnie zrobi. I niech się pan niczego nie obawia, bo na pewno będziemy doskonale współpracować. Przekazał na koniec tej krótkiej rozmowy pozdrowienia dla rodziny. Papież umiał czytać w sercu człowieka - ja rzeczywiście trochę się bałem.


W swojej książce wielokrotnie pan podkreślał, że Jan Pawel II, nie chciał być więźniem Watykanu i wielokrotnie z niego uciekał - za pana przyzwoleniem...

Jan Paweł II często... zapominał, że jest papieżem,  łamał dotychczasowe zasady bezpieczeństwa, chciał czuć się mimo wszystko wolnym człowiekiem, wymykał się konwenansom, co bardzo nie podobało się kardynałom. Papież wychodził poza mury Watykanu, odwiedzał swoich przyjaciół, spacerował w ustronnych miejscach. Oczywiście wymykał się w towarzystwie ochrony, ale takiej dyskretnej, nie całego szwadronu, ale zaledwie kilku osób. Wielokrotnie uciekał z Watykanu. Ale zawsze na krótko - czasem po to tylko, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Bał się skandalu międzynarodowego. Wracał po tych wypadach z czerwonymi policzkami i roziskrzonymi oczyma. Przede wszystkim jednak uwielbiał góry i tam bardzo często spędzał wolny czas, urlop, który mu też przecież przysługiwał. Jako szef ochrony musiałem się do tego nowego stylu bycia, dotąd nieznanego na Watykanie, dostosować. Musiałem znacznie więcej rzeczy przewidywać, niż w sytuacji uporządkowanej, w której nie ma miejsca na spontaniczność. A tej spontaniczności było w zachowaniu Jana Pawła II sporo.

Szczególnie nieoczekiwana sytuacja? 


Było ich wiele. Pamiętam jak w Genui z powodu pewnego niedopatrzenia jedna z bramek pozostała niestrzeżona. W ostatniej chwili postawiłem tam dwóch ludzi, tylko dwóch, więc w zasadzie ta bramka nie miała należytej ochrony. Papież oczywiście to zauważył i właśnie tam skierował swoje kroki, by zbliżyć się do tłumów. W tym spotkaniu uczestniczyło około 70 tysięcy wiernych. a więc zagrożenie było wielkie. Dwójka moich ludzi dosłownie zagrodziła Papieżowi drogę. Po tym spotkaniu Papież podziękował mi za dobrą ochronę, ale dodał, mając na myśli nagłą blokadę: - Tego nie powinien pan robić papieżowi. Tłumaczyłem, że nie miałem innego wyjścia, ale po jego twarzy  widziałem, że nie przekonały go moje argumenty, miał do mnie żal...
Wspomniał pan o spontaniczności Jana Pawła II - jak wpływała ona na organizację spotkań z wiernymi? Czy zdarzały się takie sytuacje, kiedy trzeba było zmnienić niemal cały scenariusz spotkania i ochrony?
Oczywiście, w zasadzie zawsze należało się spodziewać czegoś nieoczekiwanego. Przykładem niech będzie następujące wydarzenie. Jan Paweł II ma pojawić się w ośrodku, w którym przebywa 500 osób bardzo chorych, każdej osobie towarzyszą dwie pielęgniarki, a więc liczba osób obecnych w szpitalu się zwielokrotnia. Jednak plan jest  -na szczęście dla ochrony - taki, by Papież spotkał się tylko z delegacją chorych. Mieli oni zająć jeden rząd w sali, w której odbyć się miała konferencja dla oficjeli, profesorów. Papież nie mógł się pogodzić z takim scenariuszem, powtarzał, że on jedzie do tego ośrodka przede wszystkim spotkać się z chorymi ludzmi, a nie na konferencje. Koniec końców spotkał się z wszystkimi chorymi - rozmawiał i błogosławił ich trzy i poł godziny, a miało to być krótkie spotkanie... Wróciliśmy do Watykanu 15 minut przed północą, a wyjechalismy o 7 rano. Podczas tego spotkania z chorymi, i nie tylko tego,  przekonałem się, że Jan Paweł II miłował młodych, co często podkreślał, ale pierwszeństwo dawał chorym, cierpiącym ludziom. Miał wielkie serce.Papież umarł bardzo biedny, wszystko, co miał rozdawał ludziom. Papietam, jak kiedyś pewien dostojnik zapytał mnie co może dać papieżowi w ramach prezentu. Odpowiedziałem, że najlepsze będą pieniądze. Dostojnik ów poszedł za moją radą, a papież od razu przekazał te pieniądze na budowę kościoła w Kongo. Nie pytał nikogo o zdanie, co ma z tymi pieniędzmi zrobić, znał potrzeby i działał zgodnie ze swoja wolą, podejmował decyzje sam. Pod tym wzgledem bardzo odbiegał od innych i wiem, że nie podobało się to biskupom.

Czy uważa pan, że Jan Pawel II ryzykował życie będąc po prostu sobą?

Myślę, że czasem ryzykował, ryzykował nie tylko zachowaniem, ale i słowami. Jan Paweł II nigdy nikogo nie obrażał, nie piętnował publicznie niczyjego zachowaniam. Raz jeden jego słowa nas przestraszyły, jako szef ochrony zacząłem się bać konsenwencji słów papieża. A było na Sycylii w 1993 roku - wtedy papież skrytykował podczas publicznego wystąpienia mafię sycylijską - jej przestępstwa, mordy, zastraszanie ludzi. Powiedział do bosów mafijnych - nadejdzie kiedyś taki dzień, kiedy będziecie sądzeni przez Boga. Gdy padły te słowa, dostałem gęsiej skórki. Wystraszyłem się, bo wiedziałem że jest rzeczą niemożliwą stworzenie ochrony przed snajperem celującym z odleglości 300 metrów. A za takie słowa mafia mogłaby chcieć pozbawić  życia. Od następnego ranka, aż do dwudziestej drugiej wieczorem było otwarte tylko jedno wejście na Watykan, brama św. Anny. Kontrolowani byli wszyscy, włącznie z księżmi, którzy nie ukrywali szoku, bo księża jeśli już się dostaną do Watykanu, to chodzą, gdzie chcą. Baliśmy się zemsty mafiozów. Niestety, moje obawy potwierdziły się. Wkrótce, w Rzymie miały bowiem miejsce dwa groźne zamachy. Bomby eksplodowały w bazylice św. Jana na Laternie i bazylice św. Jerzego w Valabro.


Czy Jan Pawel II bał się od zamachu Ali Agcy?
Myśle, że nie. Bała sie ochrona, wiem, że moi poprzednicy powstrzymywali Papieża przed pełnym swobody pokazywaniem się, ale papież był niezależny. Nigdy nie zrezygnował z bardzo szerokiej autonomii, chociaż zawsze towarzyszyły mu dwie lub trzy osoby z ochrony, no i ja także zawsze byłem blisko.

Towarzyszył pan  Papieżowi w górskich wyprawach, co pan robił kiedy to Jan Paweł II śmigał na nartach?


Czekałem na niego na stoku. Nie byłem tak mocny i tak szalony, jak papież (śmiech). Pewnego razu patrzyłem na górę, z której zjeżdżał. Masywna postać, w kombinezonie sunęła  z zawrotną prędkością prosto na mnie, w pewnym momencie papież zrobił wiraż i powitał mnie starożytnym okrzykiem gladiatorów  - Ave Cezar, pozdrawiają się idący na smierć! Odpowiedziałem - tym, który idzie na śmierć jestem ja, bo nie dam rady już na tę górę dalej iść. Wtedy Papież polecił mi bym wsiadł do jego pojazdu gąsienicowego i pojechaliśmy razem.


Te wyprawy górskie podobno nie były typowo rekreacyjne? Chociaż często na zdjęciach widzi się papieża jak podziwia widoki...
To były wyprawy wyczynowe, którym nie każdy mógł sprostać. Ja często nie dawałem rady...
To nie było jakieś tam spacerowanie, ale wspinaczka. Niektóre szlaki wśród skalistych urwisk można było pokonać, wyłącznie trzymając się stalowych lin, bo poniżej znajdowała się  przepaść.

Kto uczystniczył w tych wyprawach?


Niewielkie grono osób, nie zawsze dorównujących kondycją papieżowi... Na przykład przez pierwsze dwa lata towarzyszył nam przewodnik wybrany przez ordynariusza Belluno, biskupa Ducoli. Był to inżynier, świetny znawca gór, który jednak nie zdawał sobie sprawy z ograniczeń fizycznych naszej grupy lub — ściśle mówiąc — moich i profesora Rodolfo Proiettiego, wspaniałego lekarza z kliniki Gemelli. Papież bowiem zawsze bez problemu dawał sobie radę z niebezpieczeństwami i trudnościami, jakie czekały na nas w górach, my natomiast zawsze ledwo za nim nadążaliśmy.

Czy podczas tych wypraw papież również wykazywał niezależność trudną do powstrzymania?


Oczywiście! Dzień 20 lipca 1988 roku pozostanie w mojej pamięci jako jeden z najpiękniejszych dni spędzonych z Janem Pawłem II. Tego dnia cała nasza grupka, po czterech godzinach forsownego marszu po górskich skalistych ścieżkach wytyczonych tylko dla wytrawnych wędrowników, dotarła do schroniska Calvi na wysokości 2164 metrów n.p.m., na wschodniej ścianie masywu Dolomitów. Wydawało się nam, że wędrówka skończy się w tym miejscu. Z wielkim jednak zdziwieniem zauważyłem, że papież zaczyna o czymś żywo dyskutować ze swoim sekretarzem księdzem Stanisławem  Dziwiszem i nieoczekiwanie cała grupa ruszyła dalej. Nikt z nas nie wiedział nawet, w jakim kierunku idziemy i jakie są dalsze plany. Kiedy już myślałem właściwie tylko o swojej kondycji fizycznej i czy zdołam wytrzymać do końca, przybliżył się do mnie ks. Stanisław i wyznał mi, że papież zdecydował się dojść do szczytu Peralby, góry o wysokości 2694 metrów n.p.m. Na niej znajduje się krzyż, który przypomina, że Chrystus jest zbawieniem każdego człowieka i całej ludzkości. Ksiądz Stanisław poprosił mnie, abym spróbował odwieść Jana Pawła II od tego zamiaru.  Nie udalo sie. Jan Paweł II oznajmil : Pan generał i pan doktor niech tutaj zostaną i niech obserwują, jak papież dociera do krzyża Chrystusowego na tej górze.


I co było dalej?
Zjedliśmy kanapki razem z doktorem Proiettim i innymi współpracownikami i przez ponad trzy godziny czekaliśmy na powrót Jana Pawła II.Następnego dnia ksiądz Tadeusz Styczeń poprosił mnie o prywatną rozmowę i powiedział, że wczoraj długo rozmawiał z papieżem na temat jego wyprawy alpinistycznej, rozważając jej aspekt moralny. Jan Paweł II zapytał go bowiem: Tadeuszu, jesteś moim następcą na katedrze filozofii moralnej w Lublinie. Co o tym wszystkim myślisz? Na to ksiądz Tadeusz odpowiedział: - Zgadzam się z generałem. Ta opinia musiała bardzo Ojca Świętego uderzyć, gdyż po powrocie z wakacji zaprosił mnie na rozmowę i powiedział: Panie inspektorze... DROGI panie inspektorze, pan MUSIAŁ obserwować papieża, który MUSIAŁ dotrzeć na szczyt, gdzie znajdował się krzyż Jezusa Chrystusa. 21 lipca upłynął nam dużo spokojniej, co nie znaczy, że nic nie robiliśmy. Wiadomość o nieprawdopodobnej wyprawie Papieża zaczęła krążyć wśród turystów, którzy licznie odwiedzali te piękne i fascynujące góry. Dlatego też, zamiast udać się do Val Visdende, Ojciec Święty pojechał do Pian dei Buoi i Marmarole. Te miejsca były równie piękne. Można tam było podziwiać nie tylko góry, ale też wspaniałe stada owiec na stokach i wiele wodospadów.Szeroko opisałem te dni w mojej książce.

Czy podczas stałych wypraw gorskich papież spotykał się z ludzmi zamieszkującymi okolice czy starał się być anonimowy?


Pobyt papieża  w górach nie był rozgłaszany, a więc jego obecność bywała prawdziwym zaskoczeniem dla ludzi. Czasem ludzie spotykali papieża na szlaku. To był dla nich szok.Spokojnie prosiliśmy ich, by nie rozpowiadali o obecności papieża w górach. A papież krótko z nimi romawiał i błogosławił ich. Podczas swojego pobytu w Lorenzago w lipcu 1987 roku Jan Paweł II odprawił mszę świętą dla mieszkańców i turystów. Plac przy parafii świętych Marka i Fortunata, na którym odbyła się msza, był wręcz przepełniony ludźmi.. W czasie homilii Ojciec Święty skierował  do obecnych zabawny apel, żeby mu poradzili, jak mógłby wytłumaczyć „tym z Rzymu”, że był nieposłuszny wobec pewnej niepisanej reguły, że papieżowi nie wypada oddalać się z jego willi w Castel Gandolfo, gdyż tylko tam ma prawo do odpoczynku... Jako odpowiedź usłyszał niekończące się brawa. Powiedziałem wtedy Janowi Pawłowi II, że zwykli ludzie na pewno to zrozumieją, a jedynie „ci z Rzymu” może będą mieli  problemy, żeby pogodzić się z tym nowzm stylem bycia nowego papieża. Zadzwoniłem do pana Navarro i opowiedziałem mu o tym wydarzeniu. Następnego dnia rzecznik Papieża, aby nie urazić zbytnio „tych z Rzymu”, dokonał małego cudu i powyższe słowa Ojca Świętego ukazały się jedynie w regionalnej gazecie „La Stampa”.

Górskie wyprawy, cudowne widoki...ta pana praca osobistego anioła stróża Jana Pawla II miała sporo atutów...

No tak, tyle że wyprawy to były przerywniki, a zwykle musiałem mierzyc sie z zagrożeniem. Szczególne groźnie  było w latach 80., kiedy siły z Europy Wschodniej stanowiły realne zagrożenie dla Papieża. Moja praca głównie polegała na zabezpieczeniu masowych nabożeństw i spotkań. Starałem się, aby w tych ceremoniach  Papież czuł się całkowicie bezpieczny. Z drugiej strony może czułbym sie w tych górach pewniej gdybym sprawniej biegał po szczytach (śmiech). Papież urodził się i pozostał przez całe życie góralem. Ja nie. On o tym wiedział. Pewnego dnia pocieszył mnie: Jeśli będziesz tak ciągle za mną łaził, to w końcu staniesz się dobrym alpinistą. Pod koniec jednego z męczących dni wspinaczki Papież podszedł do mnie, zdjął czapkę i ukłonił się. Powiedział - Dziękuję, nie zasłużyłem sobie na to. Wyjaśnił, że  nie zasługuje na tak wiele uwagi, jaką my poświęcaliśmy jemu. Zaniemówiłem.

Podobno w górach Papież zjadał pana kanapki?


Zdarzało sie tak. Szliśmy na jakiś wysoki szczyt, papież wiedział, że nie ma jedzenia, ale koniecznie chciał wejść na samą górę. Sprzeciw nie wchodził w gre. Ksiądz Stanisław Dziwisz podszedł do mnie i dyskretnie zapytał: Nie ma pan niczego do jedzenia? Odpowiedziałem, że mam kanapki przygotowane przez żone. Był w nich oryginalny ser z mojej rodzinnej miejscowości. Papież zjadł, a potem powiedział: Bardzo dobry ser. Z gór? Odparłem: Tak!

Wzrusza się pan wspominając swoją pracę... 


Wzruszam się, bo Jan Pawel II, choć był papieżem, to był także człowiekiem, który dobrze znał nasze słabości, ale zawsze pozostawał wobec nich tolerancyjny, ciepliwy. Był ciepły, przyjacielski i zwyczajny, kochał ludzi. Nazwał mnie swoim przyjacielem i tych słów nigdy nie zapomnę.


czwartek, 20 stycznia 2011

Izabela Kopeć



Z okazji beatyfikacji Jana Pawla II, Iza  nagrała w Rzymie płytę z Amedeo Minghi, popularnym włoskim artystą pop. 
Iza przyjechała do Rzymu z menager Katarzyną Kozłowską i włoskimi producentami muzycznymi, którzy od lat mieszkają w Warszawie, a prywatnie są przyjaciółmi Amedeo Minghi. Płyta nagrywana była w studiu Amedeo, w jego domu w Rzymie. Po skończonej pracy spotkaliśmy się z całą ekipą. 

Wywiad z Izabelą Kopeć opublikowany został na łamach Naszego Swiata, pisma emigracyjnego w Rzymie.

Kopeć - Minghi czyli włosko - polski wkład w beatyfikację




Z Izabelą Kopeć, polską wokalistką, która razem z włoskim artystą Amedeo Minghi nagła utwór z okazji beatyfikacji Jana Pawła II rozmawia Beata Zaremba-Żarski

Beata Zaremba-Żarski: Mieszkasz w Warszawie, ale zacznijmy od Rzymu, kilka tygodni temu wpadłaś do Wiecznego Miasta, jak po ogień ... nagrać singla z Amedeo Minghi. To nazwisko elektryzuje wielu Włochów, Amedeo to wielka gwiazda... Jak doszło do tego spotkania, znaliście się już wcześniej?
Iza: Bardzo lubię Włochy i Włochów. Znam dobrze ich język, przez lata pracowałam z włoskimi firmami i twórcami. Włochami są też producenci polsko-włoskiej wersji piosenki „Un uomo venuto da molto lontano”, czyli „Człowiek, który przybył z daleka”. To właśnie Marco i Enrico z Gigis Productions kiedyś opowiedzieli mi o Amedeo, a wiele miesięcy temu opowiedzieli Amedeo także o mnie. Przesłali mu moje materiały, nagrania. Gdy ogłoszono informację o nadchodzącej beatyfikacji Jana Pawła II, Amedeo zaproponował, bym wraz z nim zaśpiewała w duecie jego najważniejszą piosenkę. Pieśń, którą sam napisał kiedyś dla Ojca Świętego.



Ten singiel to twój wkład w beatyfikację Jana Pawła II. Jakoś osobiście będziesz przeżywać tę uroczystość?  Jakie będą losy tego singla, będzie proponowany także w Italii? Czy w ogóle zamierzasz jakoś zaistnieć we Włoszech? To kraj z tradycjami muzycznymi, gdzie nawet wykonawcy karaoke śpiewają jak gwiazdy :)
Iza: Jan Paweł II to bardzo istotna postać w moim życiu. Jego nauki duchowe i intelektualne, jego słowa zawarte w pięknych homiliach czy mądrych encyklikach konstytuowały mój charakter, mój światopogląd, sposób patrzenia na świat i postrzegania innych ludzi. To był człowiek miłości i dialogu. Wielki myśliciel, a jednocześnie ktoś tak bliski każdemu Polakowi, jak rodzina. Dlatego jestem bardzo wzruszona, że mogę śpiewać hymn na Jego beatyfikację. Singiel polsko-włoski ukaże się w Polsce 28 lub 29 kwietnia wraz z nakładem jednej z polskich gazet. Później planujemy wydanie płyty DVD z szerszym materiałem, ale nie chcę na razie mówić więcej. Choć rozmawiamy z producentami o udziale koncertach we Włoszech, dla mnie dziś najważniejszy jest rynek polski. Papież był Polakiem i – choć cała Europa przeżywa wyniesienie Jana Pawła do godności świętego – my przeżywamy to w sposób szczególny. Dlatego zależy mi, żeby przeżywać to tu, w kraju.


Singiel nagrywany był w studiu nagraniowym Amedeo, jak wspominasz tę pracę?

 
Bardzo miło. Wszystko odbywało się w zawrotnym tempie. Podjęłam decyzję o wyjeździe do Rzymu w zasadzie tego samego dnia, kiedy otrzymałam propozycję. Amedeo zaprosił nas do swojego studia nagraniowego, które mieści się na terenie jego prywatnej posesji. Mieszka tam z żoną, córką. Rodzina pilnuje jego spraw. Obok studia jest mały basen, po ogrodzie biegają zwierzęta, co chwilę ktoś krząta się po podwórku. Amedeo Minghi to we Włoszech instytucja, ale jest bardzo miłym i skromnym człowiekiem.
Jesteś określana mianem pierwszej damy Polskiej Opery House'owej,
możesz rozwinąć ten termin...

 
Tak mnie nazywają ci, którzy mieli okazję oglądać mnie w scenerii mniej podniosłej, klubowej. Tak się składa, że tuż przed wydaniem singla „papieskiego”, odbyłam bardzo nowoczesną trasę koncertową po Polsce. Ale ja sama nie nazwałabym się damą opery house’owej. Na pewno jestem jedyną polską śpiewaczką, specjalizującą się w gatunku classical-crossover. To znaczy, że swój operowy głos łączę często z różnymi innymi rodzajami muzyki, niż muzyka klasyczna: z jazzem, popem, art.-rockiem, housem. Tak jak robią to na świecie m.in. Sarah Brightman czy Sissel.
I powiedz jak zaczęła się twoja kariera, jak to się stało, że poszłaś w stronę muzyczną. Osobiście pamiętam Ciebie jak śpiewałaś w chórze szkolnym, razem zresztą śpiewałyśmy pod kierunkiem surowego, ale wymagającego Krzysztofa Wojtowicza. To były twoje początki? Już wtedy wiedziałaś, że muzyka to jest to?
 
Iza: Na każdym kroku podkreślam, że pochodzę z „rozśpiewanego” Śląska Cieszyńskiego. W Strumieniu, gdzie się wychowywałam są aż dwa chóry. Może więc nie ma w tym nic dziwnego, że śpiewam? Śpiewałam podobno od urodzenia i cieszę się, że moi wspaniali rodzice wspierali mnie w mojej pasji. Mama woziła mnie na lekcje rytmiki, potem chodziłam do podstawowej i średniej szkoły muzycznej, a następnie studiowałam na Akademii Muzycznej we Wrocławiu. Ukończyłam wydział wokalno-aktorski i oratoryjno-kantatowy. I… ruszyłam do Warszawy, żeby działać.
Niewiele wiadomo o twoim życiu prywatnym, nie zależy ci na tym, by być na ustach wszystkich?
 
Iza: To nie jest tak, że nie zależy mi na popularności. Artysta tworzy przecież dla ludzi, chce docierać do ludzi, móc czuć kontakt z publicznością. Taka interakcja to coś niepowtarzalnego. Nie  zależy mi jednak na tzw. „szybkiej popularności” okupionej skandalami, kryzysami wizerunkowymi czy zmuszaniem się do rzeczy, które uważam za niegodne. Lubię łamać konwenanse, ale nie jestem skandalistką. Żyję zupełnie normalnie. Ciężko pracuję, mam 16-letniego syna. Byłam mężatką, ale z różnych przyczyn ten związek nie przetrwał próby czasu. Niemniej, do dziś bardzo przyjaźnię się z byłym mężem. Wspieramy się i wspólnie wychowujemy Oskara. Żyję zbyt spokojnie,  żeby było to atrakcyjne dla wysokonakładowej prasy albo koktajlowych portali.
Ale na facebooku wśród rzeczy, które Cię interesują znajduje się także portal Pudelek - to z obawy przez pudelkowymi ząbkami, czy dla rozrywki tam właśnie zaglądasz?
 
Iza: Otóż zaglądam tam, bo bardzo lubię małe pieski. A Pudelek to mały piesek właśnie.
Przeciętny zjadacz chleba kojarzy cię z finałowymi eliminacjami do Eurowizji, byłaś tam, jak  gość z innej planety... w sensie pozytywnym. Jak to wspominasz?

Izabela Kopeć i Amedeo Mingi 

Iza: Tak, dostałam tzw. dziką kartę w 2008 roku, czyli bez konieczności przechodzenia przez preselekcje, mogłam zaśpiewać w konkursie finałowym. To było ciekawe doświadczenie, telewizja, duża publiczność, ogromna konkurencja. Cieszę się, że w komentarzach doceniono moją propozycję, która daleka była od klasycznego festiwalowego popu. 

Cena sławy? Co twoim zdaniem jest najważniejsze w robieniu kariery, jaki jest twój kodeks...np. moralny w tym zakresie? Do czego nigdy byś się nie posunęła?
 
Iza: W drodze zawodowej najważniejsza jest chyba autentyczność. Oraz determinacja. Konsekwencja nie musi jednak oznaczać prób robienia czegoś za wszelką cenę. Często powtarzam sobie: „Boże daj mi siłę, żeby zmieniać to, co zmienić mogę. I cierpliwość, żeby znosić to, czego zmienić nie mogę. Oraz mądrość, aby móc odróżnić jedno od drugiego”.
Acha - na pewno nie zdecydowałabym się pozować nago dla żadnych magazynów ani stosować podobnych metod „promocji”.

Przez Express Ilustrowany zostałaś okrzyknięta jako jedna z dziesięciu najlepiej ubranych Polek w 2010  roku. Tajemnica tego sukcesu? Stosujesz jakieś zasady w ubieraniu się?

Iza: To nie Express Ilustrowany mnie tak określił, tylko nowoczesny portal modowy Kimono.pl. Express Ilustrowany tuż po tym, jak zostałam uznana za jedną z najlepiej ubranych Polek, robił ze mną reportaż pt. „Szafa Izabeli Kopeć”. Oczywiście w życiu najważniejsze jest piękno duchowe, ale jestem estetką i wygląd ma dla mnie ogromne znaczenie. Dbanie o siebie to także mój wyraz szacunku wobec innych ludzi. Od lat współpracuję z dobrymi młodymi projektantami, takimi jak np. Kuba Bonecki. Chodzę na pokazy mody, mam swoje ulubione sklepy i firmy. Sukienki nie mieszczą mi się w szafach i w garderobie, dlatego wiecznie borykam się z „problemem mieszkaniowym”.

To prawda, że występujesz bez bielizny na scenie?:) PERCHE’?
Iza: Proszę o następne pytanie.
Nie jesteś osobą, która dzięki urodzeniu się w rodzinie muzycznej czy też dzięki koneksjom zrobiła karierę. Do wszystkiego doszłaś sama, trudno było?
 
Iza: Nie. Od małego mam głębokie przekonanie, że idę dobrą drogą. Robię to, co kocham. Nie zastanawiam się nad tym, dlaczego czasem jest trudno, tylko co mogę zrobić, żeby było lepiej, żeby iść do przodu, rozwijać się. Pociąga mnie rozwój i eksplorowanie nowych przestrzeni. Nie oglądam się za siebie.

Występujesz w klubach house’owych, łączysz pop z mezzosopranem, leczysz głosem - tkwi w tym zderzeniach pojęciowych wielka kreatywność. Czujesz swoją moc? masz wiarę w muzykę. Po co twoim zdaniem jest muzyka, ta twoja muzyka?

 
Iza: A po co jest woda, ogień, ziemia i powietrze? Muzyka to piąty żywioł.  Tak jak nie mogłabym oddychać bez powietrza, tak nie mogłabym żyć bez muzyki.


dziękuję za rozmowę
beata zaremba-żarski

wywiad w TVP - Izabela Kopeć, Amedeo Minghi, RZYM


piątek, 14 stycznia 2011

Emigranci według Italiano

Emigranci według Italiano
Tekst opublikowyn na łamach pisma emigracyjnego Nasz Swiat ( ROMA) - o emigracji w Italii.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

romabella.pl - O NAS



Czym się zajmujemy?
Dziennikarstwo (ogólnopolskie gazety, wywiady z ważnymi osobistościami jak np. Enrico Marinelli, szef osobistej ochrony JPII), fotografia (nie tylko ślubna, także dziennikarska, reporterska), oprowadzanie po Rzymie, organizowanie pobytu w Rzymie.
Po studiach humanistycznych, biegłe posługiwanie się językiem włoskim.
Zapraszamy!



romabella.pl - O NAS

środa, 15 grudnia 2010

Zadyma w Rzymie. Protest przeciwko rasizmowi?

 Wczoraj przez Rzym przetoczyła się kolejna manifestacja, Jedno z haseł dotyczyło rasizmu, który zdaniem protestujących, także Włochów, głównie studentów, jest obecny w Italii.


 Napisałam kiedyś dla pewnej gazety tekst na temat emigrantów- jego fragmenty publikuję tutaj.




Bez okna na świat?

Cyfry brzmią bezbarwnie, ale dobitnie - we Włoszech mieszka ok. 5 milionów legalnych emigrantów - podało il Messaggero (z 27 października 2010) powołując się na raport  włoskiego Caritasu. Oznacza to, że jedna osoba na czternaście napotkanych na włoskiej ulicy, jest emigrantem. Dotatkowo nielegalnie we Włoszech przebywa około 500 - 700 tysięcy emigrantów. W ciągu ostatnich 20 lat liczba cudzoziemców powiększyła się 20 razy. Jednocześnie - według raportu, wzrosła także niechęć Włochów do stranierów zamieszkujących ich kraj. Dzieje się tak mimo tego, że emigranci wypracowują rocznie ok. 11 miliardów euro Pil (odpowiednik PKB).
                  
    Liczby, którymi mierzy się poziom niechęci nie zawsze przemawiają do wyobraźni.  Zatem kilka historii: dzielnica jedna z najbardziej eksluzywnych w Rzymie, dzielnica urzędników rządowych i mafiozów. Tam swoje gniazdko wije bogaty, młody neapolitańczyk, jego rodzina, bardzo bogata, macza palce w mafijnych sprawach - ma układy tu i tam. Młody napoletano  szykuje dla siebie mieszkanie w Rzymie. Na sam remont wydał 75 tysięcy euro - mają w tym mieszkaniu być przeróżne  bajery, jeden z nich - ogromna podświetlana wanna w salonie, tak by w niej mógł organizować orgie, niczym starożytni władcy. - Kobiety! pragnie się nimi otaczać wyłącznie dla własnej przyjemności - wyznał Polakowi, który w Rzymie ma firmę remontową i dla Włocha pracuje. W domu będzie też służąca. Filipinka. Właściciel mieszkania z niezliczonych metrów powierzchni wydzielił jej pokoik bez okna, w którym mieści się łóżko i dwie maleńkie filipińskie stopy. Dla niego brak okna, to nie problem. Ale Polacy projektujący nowy układ ścian pracowali nad nim mówiąc - możemy zrobić jej okno, to żaden problem. Neapolitańczyk śmiał się - a po co jej okno?  Polacy nalegali dalej - a może powiesimy jej tu telewizor na ścianie.  - A po co jej telewizor?- odpowiadał klient. - No wie Pan, żeby nie używała tego wielkiego telewizora w salonie (wysuwanego  ze ściany przy nacisnięciu pilota). - Jeszcze tego by brakowało - oburzał się.  (...)

                 Kondolencje dla Polaków

   Mądrych Włochów w Italii nie brakuje. Chrześcijańskie Stowarzyszenie Sant Egidio działające przy Via Dandolo w Rzymie skupia ludzi działających na rzecz obcokrajowców we Włoszech. Oferuje pomoc wszechstronną - lekcje języka, posiłki, kursy zawodowe, pomoc duchową, psychologiczną. Każdy, kto zawita na Via Dandolo doświadczy miłego przyjęcia. Profesor Valter, nauczyciel języka włoskiego równo traktuje wszystkich uczniów. Kiedy w ubiegłym roku w Rzymie włoscy nacjonaliści pobili emigrantów z Bangladeszu, było mu wstyd - powtarzał swoim uczniom: - Tutaj w tej szkole wszyscy traktowani są jak przyjaciele, jest mi przykro z powodu tego wydarzenia.
Po smoleńskiej katastrofie profesor Valter złożył kondolencje na ręce wszystkich Polaków. Zrobili to także inni, bardziej światli Włosi, którzy wiedzą coś o Polsce.    W samym Rzymie aktywnie działają ludzie, którzy pragną obalać bariery narodowościowe, organizują demonstracje, wieszają plakaty. Pojawiają się opiniotwórcze publikacje - tytuł ostatniej książki biskupa od spraw emigrantów Agostino Marchetto: Chiesa e migranti, la mia batalia per una sola famiglia umana.  To w niej biskup napisał, że Włochy są w ogonie Europy, jeśli chodzi o prawne rozwiązania dotyczące trudnej sytuacji emigrantów.
Na 20 i 21 marca przypadają Międzynarodowe Dni przeciw rasizmowi. We Włoszech są to dni, kiedy organizowane są manifestacje, podkreślające  pozytywną rolę emigrantów oraz konieczność podjęcia walki z rasizmem, wyzyskiem i mafią. Przykłady mądrych działań można by mnożyć.

Kto produkuje Chianti?

     Z wyzyskiem walczą od czasu do czasu sami zainteresowani. Przykład takiej walki - gwałtowne zamieszki w miasteczku Rosarno, w Kalabrii na południu Włoch, gdzie afrykańscy imigranci zbuntowali się przeciwko warunkom pracy i życia w gospodarstwach rolnych oraz ich traktowaniu po tym, jak dwóch z nich zostało zranionych z broni palnej przez nieznanych sprawców. W reakcji na tę prowokację cudzoziemscy robotnicy wyszli na ulice i zdewastowali samochody i sklepy. Emocje rozpala także ciągle nie rozwiązany we Włoszech problem romski - Ponticelli, dzielnica romska na obrzeżach Neapolu pamięta samosądy, podpalenia i hasła - precz z wozami! W Rzymie jest spokojniej, choć osiedle Cyganów straszy wyglądem.
    Wyzyskowi podlegają zwłaszcza uciekinierzy z krajów Trzeciego Swiata, z krajów okupowanych, uciskanych, osoby bez prawa pobytu we Włoszech, którzy są w Italii współczesnymi niewolnikami. Pracują w najcięższych sektorach - głównie w rolnictwie (ekstremalny przykład wyzysku - obozy pracy na Poludniu Włoch). Co ciekawe, emigranci pracują  także przy produkcji najlepszych włoskich win - Chianti i Brunello do Montalcino oraz przy produkcji słynnych serów i parmeńskiej szynki. Raport Caritas podkreśla, że  przybysze z innych krajów nie chcą być traktowani jak ludzie drugiej kategorii, dlatego z czasem zakładają własne interesy. Dzieje się tak mimo kryzysu, o którym tak chętnie rozprawiają Włosi, znajdując w nim usprawiedliwienie np. dla niskich pensji wypłacanych emigrantom. W Rzymie - dobra pensja baby siter: 600-700 euro miesięcznie, po 8-10 godzin pracy dziennie, dniówka na budowie: 20-50 euro, godzina sprzątania - 8 euro. Na południu Włoch stawki są o połowę niższe, ale też życie jest tańsze.  (...)

                Praca - kwestia wyboru?

        Według raportu Caritas średni zarobek emigranta wynosi 1000 euro, co niewiele znaczy w tak drogim mieście, jakim jest Rzym, gdzie za wynajęcie mieszkania o powierzchni ok. 60 metrów kwadratowych trzeba zapłacić 800 - 1000 euro. Polacy, podobnie jak inni, często mieszkają więc w wynajętych pokojach za ok. 400 euro. I to jest komfort, bywa bowiem gorzej, kiedy kilka rodzin gnieździ się w jednym mieszkaniu.
     Emigranci są potrzebni Włochom, jako tania siła robocza pracująca na emerytury Włochów - w 2009 roku urodziło się w Italii ponad 77 tys.dzieci emigrantów. Z drugiej strony Italia jest potrzebna emigrantom, którzy często nie widzą przyszłości we własnych krajach. Pocieszające jest to, że Włosi i cudzoziemcy znajdują porozumienie na poziomie ludzkich, prywatnych kontaktów. Włosi coraz częściej, właśnie wśród obcokrajowców znajdują swoich życiowych partnerów, codziennie zawieranych jest 70  mieszanych małżeństw. I liczba ta będzie rosnąć, bo przeciętny Włoch zaczyna otwierać się na innych. (....)
 bz.